
Toksyczność zaczyna się wtedy, gdy relacja, zamiast wspierać rozwój i poczucie bezpieczeństwa, staje się źródłem chronicznego cierpienia, a jednocześnie osoba tkwiąca w toksycznym związku nie potrafi się z niego uwolnić – wyjaśnia Bożena Maciek-Haściło, psycholożka i psychoterapeutka, kierowniczka Szkoły Psychoterapii Osób z Problemem Uzależnienia w Laboratorium Psychoedukacji oraz Poradni Leczenia Uzależnień i Współuzależnienia w Śremie.
Kto najczęściej wchodzi w toksyczne relacje?
W relacje niszczące najczęściej wchodzą osoby pochodzące ze środowisk dotkniętych problemem uzależnienia, z którymi pracuję jako psychoterapeutka, opierając się na teorii więzi. Z perspektywy psychodynamicznej i więziowej można zauważyć, że szczególnie narażone są osoby, które w dzieciństwie i okresie dorastania funkcjonowały w środowisku naznaczonym brakiem bezpieczeństwa emocjonalnego, nieprzewidywalnością, przemocą, uzależnieniem lub emocjonalnym zaniedbaniem. Pomaga nam to rozumieć freudowska koncepcja „przymusu powtarzania” – nieświadomej tendencji do odtwarzania dawnych doświadczeń relacyjnych. Człowiek nie wybiera świadomie cierpienia. Wybiera raczej to, co jest mu psychicznie znane. Nawet jeśli dzieciństwo było bolesne, jego wzorce stają się częścią wewnętrznego świata i wpływają na późniejsze wybory. Osoba wychowana przy rodzicu z uzależnieniem może nieświadomie odczuwać większą bliskość z partnerem niedostępnym emocjonalnie niż z kimś stabilnym i przewidywalnym. To, co znajome, wydaje się bezpieczniejsze niż to, co nowe. Patrząc z perspektywy teorii więzi, taka osoba często wykazuje pozabezpieczny styl przywiązania. Bliskość nie kojarzy jej się z poczuciem bezpieczeństwa, lecz z niepewnością i koniecznością ciągłego zabiegania o relację. W rezultacie intensywność emocji bywa mylona z miłością. Spokój i przewidywalność mogą wydawać się nudne lub pozbawione „chemii”, natomiast relacje pełne dramatów, rozstań i powrotów wywołują poczucie silnego przywiązania.
Na przykład?
W gabinecie terapeutycznym często słyszę zdania: „Wiem, że mnie krzywdzi, ale nie potrafię odejść”, „Gdy się uspokaja, jest wspaniale”, „Wierzę, że kiedyś się zmieni”, „Nikt nie rozumie go tak, jak ja”. Pod tymi słowami kryje się nie tylko miłość do partnera, ale również głęboka potrzeba uzyskania tego, czego zabrakło w dzieciństwie – uwagi, troski, stabilności i bezwarunkowej akceptacji. Psychoterapeutka psychodynamiczna Martha Stark określiła to zjawisko mianem „nieustępliwej nadziei”.
W czym ona się wyraża?
Przekonaniem, że jeśli będziemy wystarczająco cierpliwi, wyrozumiali, oddani i kochający, druga osoba w końcu stanie się partnerem, którego potrzebujemy. Nadzieja ta bywa tak silna, że pozwala przetrwać lata rozczarowań, obietnic bez pokrycia i kolejnych zranień. Paradoks polega na tym, że osoba pozostająca w destrukcyjnej relacji często nie walczy już tylko o partnera. Walczy o spełnienie dziecięcego marzenia, aby ktoś, kto był niedostępny, wreszcie ją dostrzegł, pokochał i odpowiedział na jej potrzeby. Pojęcie „nieustępliwej nadziei” odnosi się do przekonania graniczącego z pewnością, że druga osoba w końcu stanie się zdolna dać nam to, czego najbardziej potrzebujemy. Jest to nadzieja odporna na rozczarowania, wielokrotne zranienia i doświadczenia wskazujące na to, że oczekiwana zmiana prawdopodobnie nie nastąpi. Osoba tkwiąca w destrukcyjnej relacji interpretuje nawet drobne sygnały poprawy jako dowód nadchodzącej przemiany. Kilka dni abstynencji, pojedyncza szczera rozmowa, przeprosiny czy obietnica leczenia stają się potwierdzeniem przekonania, że „tym razem będzie inaczej”. Żyjący nieustępliwą nadzieją, zamiast widzieć rzeczywistość taką, jaka jest, skupia się na potencjale drugiej osoby. Nie kocha już tylko tego, kim ona jest, lecz kim może się stać. Często słyszymy zdania: „On ma dobre serce”, „Gdyby nie alkohol, byłby wspaniałym człowiekiem”, „Wiem, że drzemie w nim mężczyzna, którego poznałam na początku”.
Słowa, które mają usprawiedliwić pozostawanie w toksycznej relacji.
Przykładem może być kobieta, której partner od wielu lat nadużywa alkoholu. Wielokrotnie obiecywał leczenie, kilka razy podejmował terapię, ale zawsze wracał do picia. Mimo kolejnych rozczarowań kobieta pozostaje z nim w związku. Za każdym razem, gdy przez kilka tygodni nie pije, odzyskuje nadzieję, szuka terapeutów, wspiera go finansowo i emocjonalnie. Kieruje nią głębokie przekonanie, że jeśli będzie wystarczająco kochająca, cierpliwa i wytrwała, uda jej się uruchomić zmianę.
Z perspektywy psychodynamicznej nie chodzi wyłącznie o aktualnego partnera. W relacji odżywa, wspomniane już, dziecięce marzenie. Kobieta nieświadomie próbuje uzyskać od partnera to, czego nie otrzymała od rodzica: uwagę, bezpieczeństwo, przewidywalność, troskę i emocjonalną obecność. Każda kolejna szansa dana partnerowi jest jednocześnie kolejną próbą naprawienia własnej historii. Nieustępliwa nadzieja wyraża się także w przekonaniu, że cierpienie ma sens i zostanie nagrodzone. Osoba tkwiąca w toksycznej relacji często wierzy, że skoro tyle już zniosła, nie może teraz odejść, bo wtedy cały jej wysiłek okazałby się daremny. Im więcej inwestuje w relację, tym trudniej jest jej się z niej wycofać.
Ale z pomocą terapeutów może to zrobić?
Może, jeśli zrozumie, w jakiej sytuacji się znalazła, jeśli zrozumie, że być może nigdy nie otrzyma od partnera tego, czego przez lata oczekiwała. Nie chodzi jedynie o utratę relacji, ale także o utratę marzenia, że przeszłość można naprawić za pomocą teraźniejszości. Dopiero przeżycie tej utraty otwiera możliwość budowania związków opartych nie na nadziei na zmianę drugiej osoby, lecz na realnym doświadczeniu wzajemności, bezpieczeństwa i emocjonalnej dostępności. Można tu również odwołać się do teorii przywiązania w ujęciu Allana Schore’a – amerykańskiego psychologa – który podkreśla, że ludzie mają tendencję do odtwarzania stanów emocjonalnych znanych z dzieciństwa. Jeśli ktoś przez wiele lat żył w atmosferze napięcia, niepewności i emocjonalnej intensywności, właśnie takie doświadczenia mogą wydawać mu się bardziej znajome niż spokój, stabilność i przewidywalność. Paradoksalnie – człowiek tęskni za spokojem, ale nieświadomie odtwarza to, co dobrze zna. Obserwuję to od wielu lat w pracy z osobami doświadczającymi współuzależnienia[1]. Niejednokrotnie zdarzało się, że kobiety kończyły wieloletni związek z partnerem zmagającym się z uzależnieniem, jednak jeśli nie przepracowały własnych schematów relacyjnych i nie uporządkowały świata wewnętrznego, po pewnym czasie wiązały się z partnerami prezentującymi podobne wzorce funkcjonowania. Mimo zmiany osoby, relacja pozostawała zadziwiająco podobna – toksyczna.
Co jest więc istotą toksycznych relacji?
Istotą toksycznej relacji nie jest sam konflikt, różnica zdań czy nawet okresowe kryzysy. Takie doświadczenia pojawiają się w większości związków. Toksyczność zaczyna się wtedy, gdy relacja, zamiast wspierać rozwój i poczucie bezpieczeństwa, staje się źródłem chronicznego cierpienia, a jednocześnie osoba tkwiąca w toksycznym związku nie potrafi się z niego uwolnić. Relacja stopniowo ogranicza wolność psychiczną, osłabia poczucie własnej wartości i sprawia, że coraz trudniej pozostawać w kontakcie z własnymi potrzebami, uczuciami i oceną rzeczywistości. Jedną z charakterystycznych cech takich relacji jest zaburzenie równowagi. Jedna osoba nieustannie daje, rozumie, wybacza, dostosowuje się i bierze odpowiedzialność za funkcjonowanie związku, podczas gdy druga pozostaje skoncentrowana przede wszystkim na własnych potrzebach. W rezultacie relacja staje się asymetryczna. Partnerstwo przekształca się w układ opiekun–podopieczny, ratownik–ratowany lub prześladowca–ofiara. Z perspektywy psychodynamicznej szczególnie istotne jest to, że w toksycznych relacjach dochodzi do stopniowej utraty własnego „ja”. Człowiek coraz bardziej koncentruje się na drugiej osobie, a coraz mniej na sobie. Zaczyna monitorować nastroje partnera, przewidywać jego reakcje i dostosowywać swoje zachowanie do jego potrzeb. W konsekwencji traci kontakt z pytaniami: „Czego ja chcę?”, „Co ja czuję?”, „Co jest dla mnie dobre?”. Cała energia psychiczna zostaje skierowana na utrzymanie relacji.
Jakim kosztem?
Osoby pozostające w takich związkach często opisują stan nieustannego napięcia. Nie wiedzą, czego mogą się spodziewać. Jeden dzień przynosi czułość i bliskość, kolejny chłód, odrzucenie lub agresję. Ta nieprzewidywalność ma ogromne znaczenie psychologiczne. Badania nad przywiązaniem pokazują, że nieregularnie pojawiająca się bliskość może tworzyć wyjątkowo silne przywiązanie. Człowiek zaczyna żyć w oczekiwaniu na kolejny moment ciepła i akceptacji. Dlatego niektórzy autorzy opisują toksyczne relacje jako rodzaj uzależnienia od więzi. Nie oznacza to oczywiście uzależnienia w sensie medycznym, lecz mechanizm psychologiczny, w którym okresowe nagrody – chwile bliskości, czułości i zainteresowania – przeplatają się z bólem, odrzuceniem i lękiem. Właśnie ta zmienność sprawia, że relacja staje się tak trudna do opuszczenia. Kosztowną cechą jest też zacieranie granic psychologicznych. Człowiek zaczyna wierzyć, że odpowiada za emocje, zachowania i decyzje partnera. Czuje się winny jego cierpieniu, piciu alkoholu, wybuchom złości czy depresji. Z czasem bierze na siebie odpowiedzialność za coś, na co nie ma realnego wpływu. W zdrowej relacji bliskość współistnieje z odrębnością. Można być razem i jednocześnie pozostać sobą. W relacji toksycznej odrębność bywa przeżywana jako zagrożenie. Pojawia się lęk przed konfliktem, odrzuceniem lub opuszczeniem, dlatego własne potrzeby są tłumione, a granice stopniowo się zacierają. Słowem, istotą toksycznych relacji wydaje się nie tyle obecność cierpienia, ile przekonanie, że cierpienie jest ceną, którą trzeba zapłacić za miłość. Człowiek przestaje pytać, czy relacja jest dla niego dobra, a zaczyna się zastanawiać, jak jeszcze bardziej się postarać, aby ją uratować. W takim momencie miłość przestaje być doświadczeniem wzajemności, a staje się projektem nieustannego zdobywania czyjejś uwagi, akceptacji i obecności.
Co o tym decyduje?
Współczesne badania nad przywiązaniem pokazują, że doświadczenia relacyjne z dzieciństwa stają się swoistym szablonem dla późniejszych związków. Nie oznacza to, że dzieciństwo determinuje nasze życie uczuciowe, ale wpływa na sposób przeżywania bliskości, zależności, konfliktów i rozstań. W rodzinach, w których występowało uzależnienie, przemoc, przewlekłe konflikty lub emocjonalna niedostępność opiekunów, dziecko nie otrzymuje wystarczającego doświadczenia bezpiecznej więzi. Uczy się raczej, że bliskie relacje są źródłem niepewności i napięcia. Jednocześnie bliskość pozostaje podstawową potrzebą człowieka. W rezultacie w dorosłości pojawia się paradoks: człowiek bardzo pragnie bliskości, ale jednocześnie jej się obawia. Osoby z lękowym stylem przywiązania często żyją w ciągłym niepokoju o trwałość relacji. Są szczególnie wrażliwe na sygnały odrzucenia i mogą podporządkowywać własne potrzeby, aby utrzymać bliskość. Z kolei ludzie z unikającym stylem przywiązania nauczyli się, że zależność od innych wiąże się z rozczarowaniem lub zranieniem, dlatego unikają nadmiernej bliskości i emocjonalnego zaangażowania. Szczególnie trudne bywają związki, w których spotykają się osoby o lękowym i unikającym stylu przywiązania. Jedna strona dąży do większej bliskości, druga próbuje zachować dystans. Im bardziej jedna osoba zabiega o kontakt, tym szybciej druga się wycofuje. Powstaje błędne koło wzajemnie wzmacniających się lęków i frustracji. W praktyce klinicznej często obserwujemy, że wiele konfliktów partnerskich nie dotyczy wyłącznie bieżących wydarzeń. Pod powierzchnią codziennych sporów znajdują się dawne doświadczenia więziowe. Dlatego problemy w związkach często są nie tylko problemami komunikacji, lecz także konsekwencją wcześniejszych zranień.
Czy można wyjść z niszczącej relacji?
Tak. Zwłaszcza dlatego, że style przywiązania nie są niezmienne. Doświadczenie bezpiecznej relacji partnerskiej, psychoterapia, a także relacje oparte na zaufaniu i wzajemności mogą stopniowo modyfikować dawne wzorce. Innymi słowy, to, co zostało zranione w relacji, może zostać uzdrowione również poprzez relację. Mogę odwołać się tutaj do doświadczeń pracy grupowej z osobami doświadczającymi współuzależnienia. Pacjentki kończyły terapię z większą świadomością siebie, swoich uczuć, potrzeb i schematów relacyjnych. Nie zajmowały się już wyłącznie relacją z partnerem, ale również relacjami z innymi ludźmi – współpracownikami, przyjaciółmi czy członkami rodziny. Uczyły się rozpoznawać własne granice, przeżywać samotność bez paniki i budować relacje bez poczucia odpowiedzialności za życie drugiego człowieka.
Stopniowo odkrywały, że zdrowienie nie polega na zmianie partnera, lecz na modyfikacji własnego sposobu funkcjonowania w relacjach. Dochodziły do świadomości, że najpierw muszą zająć się sobą we wszystkich aspektach życia.
Mówi się, że „muszą pokochać siebie”?
Można tak powiedzieć, choć w terapii częściej mówimy o rozwijaniu zdolności do szacunku wobec siebie, rozumienia własnych potrzeb i traktowania siebie z taką samą troską, jaką przez lata kierowało się do innych – będąc osobą ze współuzależnieniem. Przy czym stan współuzależnienia nie oznacza jedynie życia z osobą z uzależnieniem. Jest przede wszystkim sposobem funkcjonowania w relacji, w której własne potrzeby, uczucia i granice zostają podporządkowane drugiej osobie. Życie zaczyna koncentrować się wokół partnera: jego picia, obietnic, nawrotów, problemów i nastrojów. Człowiek coraz bardziej traci kontakt z samym sobą, a mocniej zajmuje się kontrolowaniem, ratowaniem lub chronieniem drugiej osoby przed konsekwencjami jej zachowań.
Patrząc z perspektywy teorii więzi, współuzależnienie można rozumieć jako próbę utrzymania bliskości za wszelką cenę. Dla kogoś, kto w dzieciństwie doświadczał niepewności i lęku przed utratą ważnej relacji, nawet bardzo trudny związek może wydawać się lepszy niż samotność czy rozstanie.
Od czego powinna się zacząć terapia?
Osoby ze współuzależnieniem bardzo często przejmują odpowiedzialność za życie drugiego człowieka. Jednym z najważniejszych zadań terapii jest pomoc w odzyskaniu realistycznego poczucia odpowiedzialności. Każdy odpowiada za własne decyzje, własne zdrowienie i własne wybory. Partner może wspierać, ale nie może przeżyć cudzego trzeźwienia. Dlatego terapia nie powinna rozpoczynać się od pytania: „Dlaczego pani z nim jest?” albo: „Dlaczego pani nie odchodzi?”. Znacznie ważniejsze są pytania: „Co ta relacja próbuje dla pani naprawić?”. „Jakiej niezaspokojonej potrzeby dotyka?”. „Jaką dawną stratę lub tęsknotę próbuje uleczyć?”.
Jakie bywają odpowiedzi?
W przypadku wielu osób odpowiedź prowadzi do doświadczeń z dzieciństwa. Nieświadomie próbują naprawić historię, której nie udało się skorygować w relacji z ważnym opiekunem. Wierzą, że jeśli będą wystarczająco kochające, cierpliwe i oddane, druga osoba w końcu stanie się dostępna emocjonalnie. To właśnie dlatego odejście z takiego związku bywa tak trudne. Nie oznacza jedynie rozstania z partnerem. Oznacza – powtórzmy – również rezygnację z marzenia, że tym razem uda się naprawić to, czego nie udało się naprawić w dzieciństwie. Dopiero kiedy pacjent/tka zaczyna rozumieć tę nieświadomą funkcję relacji, odzyskuje możliwość wyboru. Może wtedy stopniowo rezygnować z ratowania drugiej osoby i zacząć budować życie oparte na odpowiedzialności za siebie. To właśnie ten moment często staje się początkiem zdrowienia i tworzenia relacji opartych nie na lęku, poświęceniu i naprawianiu, lecz na wzajemności, bezpieczeństwie i emocjonalnej dostępności.
Z Bożeną Maciek-Haściło rozmawiał Tadeusz Pulcyn
Bożena Maciek-Haściło – absolwentka psychologii na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Ukończyła Studium Psychoterapii oraz Szkołę Psychoterapii Grupowej w Laboratorium Psychoedukacji w Warszawie. Posiada certyfikat superwizora Polskiego Towarzystwa Psychologicznego. Prowadzi psychoterapię indywidualną i grupową zorientowaną psychodynamicznie w wymiarze krótko- i długoterminowym. Ma wieloletnie doświadczenie w pracy z osobami z uzależnieniem i osobami, które doświadczyły skutków uzależnienia w rodzinie. Jest pomysłodawczynią i kierownikiem Szkoły Psychoterapii Osób z Problemem Uzależnienia w Laboratorium Psychoedukacji. Jest superwizorką psychoterapii uzależnień. Członkini Rady superwizorów psychoterapii uzależnień oraz komisji egzaminacyjnej w procesie certyfikacji terapeutów uzależnień i współuzależnienia. Od 2023 roku jest konsultantem wojewódzkim w dziedzinie psychoterapii uzależnień dla województwa wielkopolskiego.
[1] Termin „współuzależnienie” nie ma charakteru klinicznego. Współcześni psychologowie i terapeuci definiują je jako syndrom dysfunkcyjnego przystosowania się do trudnej, przewlekłej sytuacji życiowej, jaką jest relacja z osobą uzależnioną – przyp. red.
