
Rodzic, który sam wychował się na technologii, niekoniecznie musi mieć pomysły na to, co może robić wspólnie ze swoim dzieckiem w sieci, ale i poza siecią. Warto wdrożyć odpowiedzialność systemową, społeczną, w czym może nas wesprzeć Ministerstwo Edukacji Narodowej, ale też samorządy lokalne – tak, aby wyedukować rodziców w tym zakresie – mówi dr Magdalena Rowicka – psycholożka, ekspertka ds. uzależnień behawioralnych, badaczka i wykładowczyni w Instytucie Psychologii Akademii Pedagogiki Specjalnej im. Marii Grzegorzewskiej.
Czy cyfrowe urządzenia ekranowe są odpowiednimi zabawkami dla małego dziecka?
Po analizie polskich i międzynarodowych badań dotyczących korzystania przez małe dzieci z urządzeń ekranowych (głównie mobilnych), trzeba powiedzieć, że są to dla nich raczej nieodpowiednie zabawki. Zwłaszcza że widzimy zachowania opiekunów – rodziców, dziadków, w mniejszym stopniu nauczycieli przedszkolnych – którzy pozwalają dzieciom używać ich często i w sposób mało kontrolowany. Jeżeli rodzice podają dzieciom swój telefon i nie jest on w trybie przystosowanym dla dziecka (bo wiele telefonów ma takie opcje), to dziecko może wejść w najróżniejsze miejsca. Może coś kupić, bo wejdzie na apkę z podpiętą kartą płatniczą. Może także obejrzeć filmik, który jest pełen przemocy, przeznaczony dla dorosłych. I to jest coś, czego dziecko nie „odzobaczy”. Pomijam kwestie pornografii czy erotyki. Jeżeli rodzice nie będą odpowiednio wyedukowani, to takie zwykłe – wydawałoby się – dawanie dzieciom ekranów do rąk może wyrządzić więcej szkód niż pożytku. Jest niebezpieczne.
Co robić, żeby było bezpieczne?
Zaznaczmy, że mówimy o naprawdę małych dzieciach – w wieku do przedszkolnego włącznie, czyli od urodzenia do czasu szkoły podstawowej. Według ostatnich badań, opiekunowie powinni trzymać się zasady, że zwłaszcza przez pierwsze dwa lata życia dziecka – żadnych ekranów.
Dlaczego?
Dlatego, że przez kontakt z ekranem – tym, co na nim się dzieje – dziecko przez pierwsze 24 miesiące życia nie jest w stanie niczego się nauczyć ani niczego zrozumieć, czyli nie ma żadnych pozytywów wynikających z korzystania z ekranów, nawet do celów edukacyjnych. A więc do ukończenia drugiego roku życia wspólna zabawa z dzieckiem jest dużo lepsza niż wręczenie mu telefonu z bajką, z myślą o tym, że na przykład może uczyć się angielskiego. Możemy dziecku puścić piosenkę śpiewaną po angielsku, żeby mogło jej słuchać, wspólnie ją powtarzać, ale nie ma potrzeby oglądania jej wykonawcy.
Ciągle mówimy o małych dzieciach?
Tak, do 24 miesięcy. A później, po przekroczeniu dwóch lat, i do ukończenia 6. roku życia, czyli do chwili pójścia do szkoły podstawowej, powinna obowiązywać prosta zasada: na ekranach smartfonów wszystko oglądamy razem z dziećmi, nawet gdy treść filmiku ma potencjał edukacyjny. Wówczas każdy, kto ogląda go z dzieckiem – czasem to jest babcia czy dziadek – może zadawać pytania, na przykład: Co się przydarzyło bohaterom filmu? Jak można by reagować na ich zachowania? Jak włączyć ich do wspólnej zabawy? Taka narracja jest dużo bardziej wartościowa niż samodzielne oglądanie bajki przez dziecko. Rola rodzica w budowaniu narracji, w zadawaniu pytań i w przyglądaniu się, jak dziecko na to reaguje, jest nieoceniona. Przede wszystkim rodzice sami mogą wybierać treści obrazów dla swoich dzieci.
Jakie treści warto wybierać?
Na przykład bajki czy aplikacje, które – nawet jeśli nie mają w nazwie „edukacyjna” – toczą się w powolnym tempie, mają wolno następujące zmiany obrazów i kolory raczej pastelowe, a nie ostre. I warto wybierać takie treści, takich bohaterów bajek, którzy prezentują zachowania, jakie chcielibyśmy, aby prezentowało także nasze dziecko. Jeżeli główna bohaterka bajki to dziewczynka, która jest – użyjmy tego słowa – wredna, a nas to śmieszy jako dorosłych, to nasze dziecko nie zrozumie, że to jest sarkazm czy ironia. Nie zrozumie, że zachowanie bohaterki jest naganne. Przyglądajmy się więc, poświęćmy trochę czasu na obejrzenie kilku bajek, żebyśmy mogli ocenić, czy one są – po pierwsze, odpowiednie treściowo dla naszego dziecka (jeśli miałoby powtarzać zachowania bohaterów), a po drugie, czy nie będą przestymulowywały odbiorcy – czy ich treści nie są przekazywane za głośno i, jak wspomniałam, za szybko. Powoli wracamy do bajek z dzieciństwa poprzednich pokoleń, do Reksia, który był bardzo pozytywną postacią, a obrazy w tych filmach – oczywiście ze względów technologicznych – nie mogły się szybko zmieniać. Reksio nie tylko był pupilem, przekazywał też zrozumiałe dla dzieci wartości. Moglibyśmy wymieniać wiele bajek z dawnych lat, które miały morał, ukazywały historie pozytywnych bohaterów, a jeżeli nawet zdarzyła im się wpadka, popełniali błędy, to były one nazwane i uzasadniano, dlaczego nie można ich powtarzać. Bohaterowie, którzy je popełniali, poprawiali się z odcinka na odcinek. Teraz w tak zwanych bajkach najczęściej toczą się walki przy szybkiej muzyce i w ostrych kolorach tak, żeby przytrzymać małe dziecko przed ekranem. Nie ma to pozytywnych konsekwencji dla jego rozwoju. Rodzice sami często nie potrafią wybrać odpowiedniej bajki – a tych, które moglibyśmy polecić, jest garstka.
Mogą się tego nauczyć, tylko gdzie?
Badamy ten obszar od 5–7 lat, więc to jest bardzo świeża wiedza. Nie możemy więc oczekiwać, że dzisiejszy rodzic, który nie jest psychologiem, nagle pomyśli sobie, że będzie o tym czytał, że chce się edukować. Rodzice nieczęsto wpadają na taki pomysł. I to nie jest ich wina, to jest kwestia braku edukacji na poziomie systemowym. Mamy wciąż za mało takich informacji, które docierałyby do ogółu – jak kampanie społeczne, które byłyby obecne w mediach czy na billboardach. Jeśli pojawia się coś już w rodzaju „Nie zostawiaj dziecka samego w sieci”, to jest kierowane do rodziców starszych dzieci i na ogół w jednym mieście, nie w całym kraju. Wiele lat temu Fundacja Dajemy Dzieciom Siłę realizowała kampanię „Mama, tata, tablet” i wówczas rodzice gdzieniegdzie zaczęli baczniej zwracać uwagę na to, co dzieci oglądają na ekranach. Teraz mamy w przestrzeni medialnej kampanię „Pierwsze kroki w (cyber)świecie, zróbmy je razem”, ale mam poczucie, że nie jest wystarczająco dobrze promowana, choć przekazuje fantastyczne treści – tam są wskazówki dla rodziców, jak mają postępować. Obrazowane są też różne sytuacje życiowe. Przekaz jest taki: „Rozumiemy, że czasami jest ci trudno, że czasami boli cię głowa, musisz umyć naczynia, coś ugotować i chcesz, żeby dziecko czymś się zajęło, proponujemy więc kilka alternatyw dla małego ekranu”. Te informacje zostały przygotowane systemowo, ale brakuje jeszcze wszechobecnej zachęty, aby z nich korzystać.
Czyli jakiej?
Takiej, która aktywnie wychodzi do rodzica – na przykład w przedszkolach – z propozycją warsztatów, spotkań, podczas których pokazuje się sprawdzone metody pracy z dzieckiem, gdy nudzi się w domu. Rodzic, który sam wychował się na technologii, niekoniecznie musi mieć pomysły na to, co może robić wspólnie ze swoim dzieckiem w sieci, ale i poza siecią. Myślę, że warto wdrożyć odpowiedzialność systemową, społeczną, w czym może nas wesprzeć Ministerstwo Edukacji Narodowej, ale też samorządy lokalne – tak, aby wyedukować rodziców w tym zakresie.
Jak samorządy mogą wspierać rodziców?
Mam poczucie, że oferta pomocowa samorządów w tym zakresie wciąż jest bardzo skąpa, nie ma działań systemowych w każdym województwie. Przede wszystkim chodzi o rozpropagowanie materiałów edukacyjnych, które już są dostępne. Nie chodzi o to, żeby samorząd wymyślał samodzielnie kampanię, bo to są ogromne pieniądze – i na wymyślenie, i na promocję – ale żeby racjonalnie korzystał z tych materiałów, które są sprawdzone, znajdują się w domenach publicznych, na przykład „Mama, tata, tablet”, ale i starsze materiały Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę, a przede wszystkim nowsze materiały rekomendowane przez Krajowe Centrum Przeciwdziałania Uzależnieniom. Dostępna jest przede wszystkim wspomniana już kampania społeczna „Pierwsze kroki w (cyber)świecie” – to ogólnopolski projekt edukacyjny, którego celem jest propagowanie zasad bezpiecznego korzystania z urządzeń cyfrowych przez małe dzieci. Materiały, w tym filmiki, są ogólnodostępne. Są w nich treści, które trzeba rozpropagować na dużą skalę w samorządach. A przede wszystkim w przedszkolach, w miejscach, gdzie mogą spotykać się rodzice dzieci, ale też ich babcie i dziadkowie, bo pamiętajmy, że to również są opiekunowie, którzy spędzają z dziećmi bardzo dużo czasu, a ze względu na swój wiek być może mają mniejsze kompetencje technologiczne.
Kluby seniora mają pole do popisu.
Mogą wyedukować babcie i dziadków. Ale pozostaje jeszcze kwestia zaopiekowania się rodzicami małych dzieci, stworzenia im przestrzeni, gdzie mogą przyjść – na przykład do klubu małego dziecka albo do lokalnego domu kultury – i gdzie ktoś się zajmie dziećmi przez dwie, trzy godziny, a oni będą mogli usiąść i posłuchać pogadanki albo skorzystać z warsztatów rodzicielskich z zakresu bezpiecznego korzystania z urządzeń ekranowych przez dzieci. Myślę, że znalezienie specjalistów, prelegentów, którzy to zrobią, nie jest problemem, nawet w obrębie gminy. Zorganizowanie takich działań – zaplanowanie i zapłacenie – to już są ewidentnie zadania samorządowców. Można to zrobić naprawdę niewielkim nakładem, w porównaniu z kampaniami ogólnopolskimi. Trzeba przy tym pamiętać, że każdy rodzic chce jak najlepiej dla swojego dziecka, zatem jeżeli dzieci nadużywają ekranów albo jeśli pojawiają się pierwsze negatywne konsekwencje wynikające z ich niemonitorowanego używania, to nie jest to zła wola rodzica, lecz brak wiedzy.
Niekiedy rodzice ją mają, ale nie potrafią skorzystać.
Czasem sami wpadają w pułapki. Bywa, że rodzic jest zestresowany – i swoją rolą rodzicielską, i tym, że jego dziecko może trochę bardziej marudzi niż inne dzieci, i tym, że ma własne problemy związane z powrotem do pracy czy ze zmianą całej dynamiki w rodzinie, kiedy pojawia się dziecko. Ten dodatkowy stres prowadzi do tego, że rodzic potrzebuje chwili oddechu, szuka sposobu na odprężenie się. I, niestety, jeżeli nie zna żadnego innego sposobu, to chwyta za telefon i chętnie gra w prostą grę albo ucieka do serwisów społecznościowych, co na chwilę rozwiązuje problem. Warto więc zaopiekować się młodymi rodzicami pod kątem rozwijania adaptacyjnych sposobów radzenia sobie ze stresem. To też jest rola specjalistów i spotkań warsztatowych w gminnym domu kultury czy przyszkolnej świetlicy.
Dostrzegam światełko w tunelu. Czy wzrok mnie nie myli?
Na ogół jestem realistką, ale zgadzam się z panem. Myślę, że dzięki pozytywnemu podejściu do sprawy osiągniemy oczekiwany skutek. Uważam i wierzę, że jeżeli wyposażymy rodziców w umiejętności radzenia sobie z emocjami, ze stresem, to oni zupełnie inaczej będą podchodzili do zabawy z dzieckiem, nawet ze smartfonami. Bo zestresowany rodzic, który ma za dużo na głowie i nie radzi sobie z tym, może nie mieć chęci do rozmowy z dzieckiem podczas wspólnego oglądania bajki. Zatem, jako eksperci, ale też jako samorządowcy, musimy zaopiekować się rodzicami – w dzisiejszym trudnym świecie, który niebawem może być jeszcze trudniejszy. To oczywiście nie jest tak, że nagle obecne pokolenie radzi sobie ze stresem gorzej niż poprzednie. To świat się zmienia. Zmieniają się kwestie związane z ekologią czy bezpieczeństwem geopolitycznym. Dochodzi jeszcze stres związany ze sztuczną inteligencją.
No i kwestia utrzymywania relacji.
Bardzo różnych relacji, w których jesteśmy w każdym momencie, także w momencie zmiany dynamiki w rodzinie. Dynamika w rodzinie wynikająca z nowych technologii – wszechobecności smartfonów, internetu, platform społecznościowych i sztucznej inteligencji – zmienia codzienne relacje, zasady komunikacji i sposób spędzania czasu przez domowników. Żyjemy w świecie, który bombarduje nas różnymi, stresogennymi bodźcami. Nie jesteśmy na nie super-, hiperodporni. Myślę, że obecni 50- czy 60-latkowie też niekoniecznie byli superodporni na stres. Więc może w mniejszym stopniu szukajmy winy w pokoleniu obecnych rodziców małych dzieci, a zastanówmy się, co możemy zrobić, żeby ich wesprzeć. I jeżeli będziemy patrzeć z tej perspektywy, to zobaczymy światełko w tunelu, bo to jest kwestia wyrobienia zdrowych nawyków w tym bardzo trudnym, nowoczesnym, ekranowym świecie. Nie zatrzymamy rozwoju technologii. Nauczmy się z nią żyć i korzystać z niej tak, abyśmy nie stracili relacji z dziećmi, z ludźmi. Abyśmy mogli być zwycięzcami w zmaganiu się z nowoczesnością.
Z dr Magdaleną Rowicką rozmawiał Tadeusz Pulcyn.
