Graj odpowiedzialnie, bo nikt ci nie pomoże

Zdjęcie ilustracyjne / źródło www.pexels.com

Aż dwie trzecie grających nielegalnie online może być uzależnionych od hazardu – ostrzega dr Rafał Bartczuk, kierownik Pediatrycznego Regionalnego Centrum Medycyny Cyfrowej. I dodaje: kiedy mówimy o odpowiedzialnym hazardzie, ważne jest, by postawić sobie pytanie: kto jest odpowiedzialny? Bo jeśli rozumiemy to tak, że tylko gracz jest odpowiedzialny za swoje granie, to skazujemy się na porażkę. Zwłaszcza że mówmy o zachowaniach wysoce uzależniających.

Maja Ruszpel: Byłeś kierownikiem zespołu prowadzącego nowatorskie badanie „Uprawianie gier hazardowych na nielegalnych stronach internetowych: kompleksowe podejście do oszacowania rozpowszechnienia i rozpoznania motywów za pomocą analiz ilościowych, jakościowych i prawnych”. Jaki był jego cel?

dr Rafał Bartczuk: Projekt miał na celu kompleksową ocenę skali i motywacji uczestnictwa w nielegalnym hazardzie online. W trakcie jego realizacji przeprowadzono badania obejmujące populację ogólną, ale też graczy hazardowych, graczy korzystających z nielegalnych stron hazardowych oraz ekspertów-interesariuszy związanych z hazardem w Polsce. W projekt byli zaangażowani czołowi badacze i badaczki, specjalizujący się w tym temacie – m.in. prof. Bernadeta Lelonek-Kuleta, prof. Łukasz Wieczorek, prof. Grzegorz Skowronek, dr Małgorzata Piasecka i dr Magdalena Rowicka. Faktycznie, projekt był nowatorski, po raz pierwszy pokazał skalę problemu, odsetek osób grających oraz procent osób grających problemowo.

Problem nielegalnego hazardu online pojawia się w debacie publicznej od dawna. Rodzime firmy oferujące zakłady bukmacherskie alarmują, że Polska traci miliardy złotych z tego powodu – głównie dlatego, że podatki z gier odprowadzane są za granicę. Organy państwa próbują blokować nieuprawnione strony i ostrzegać o karach, jakie mogą spotkać każdego, kto uprawia hazard nielegalnie. Ile osób w Polsce z korzysta z takich stron www?

Dokładne oszacowanie, ilu Polaków realnie korzysta ze stron z nielegalnym hazardem, nie jest prostą sprawą. Przede wszystkim dlatego, że spora część osób, które używają tych stron, robi to nieświadomie – po prostu z nich korzystają, ale nie wiedzą o tym, że łamią prawo. Trudno więc im odpowiedzieć na pytanie o to, czy grają nielegalnie, ponieważ tego nie wiedzą.

Jak to możliwe, że gracze nie zdają sobie sprawy z tego, że łamią prawo? Przecież liczba stron z legalnym hazardem w Polsce wynosi niewiele ponad 20, a tych zablokowanych, nielegalnych jest aż 55 tysięcy. Skala problemu jest ogromna i podnoszona w mediach co najmniej od 10 lat.

Twórcy nielegalnych stron bardzo dobrze kamuflują to, że są one nielegalne. Upodabniają je do stron legalnych i robią to na wiele sposobów. Po pierwsze, za pomocą profesjonalnej szaty graficznej – te strony niczym nie różnią się od stron rodzimych, tych legalnych. Po drugie, za pomocą publikacji treści, w których ich autorzy podkreślają, że granie na tej stronie jest bezpieczne, i że operator strony zapewnia określone systemy ochrony gracza oraz bezpieczeństwo gry. Można na nich znaleźć nawet zakładki o tzw. odpowiedzialnej grze, w których przeczytamy informacje o tym, że hazard może szkodzić, czy znajdziemy kontakt do placówek pomocowych. Wreszcie – choć są to strony zagraniczne, zarządzane przez dostawców i operatorów z państw, takich jak Malta czy Cypr – wszystkie publikowane na nich informacje są po polsku. Rejestracja i logowanie się na takiej stronie są także bardzo łatwe – nie mówiąc już o tym, że płatności można dokonywać online, czyli także bardzo prosto i szybko.

Warto dodać, że sami gracze rekomendują te strony w serwisach społecznościowych, zachwalając, że tu i tam można wygrywać, że strona jest legalna i bezpieczna. Trudno więc, by ktoś, kto nie jest świadomy tego zjawiska, czymś się zaniepokoił. Te strony wyglądają „normalnie”, na pierwszy rzut oka nie ma tam nic podejrzanego. Oczywiście, pozostaje pytanie, skąd nieświadomość gracza przy tak dużej skali problemu? W moim odczuciu w Polsce brakuje kampanii edukacyjnych czy społecznych, które by informowały o tym, że istnieje coś takiego jak szara strefa w internecie. Brakuje także działań upowszechniających informację o tym, jakie kary ustawodawca przewidział za nielegalne granie.

Czy oszacowanie skali problemu utrudniało też to, że skoro granie na stronach nielegalnych jest przestępstwem, ludzie mogli nie chcieć się do tego przyznawać?

Tak, to było jedno z głównych wyzwań. Dlatego od początku zależało nam na tym, żeby uczestnicy badania czuli się bezpiecznie i mieli pełną anonimowość. Co ważne, nasze badanie było przeprowadzone na reprezentatywnej grupie Polaków korzystających z internetu. Zadawaliśmy respondentom różne pytania dotyczące uprawiania nielegalnego hazardu – w tym jedno zadawane wprost. Ale obok tego użyliśmy formy pośredniej, która lepiej chroni prywatność respondenta. Dzięki temu ludzie mogli odpowiadać szczerze, bez poczucia, że wprost się ujawniają. Jaka była różnica w odpowiedziach? Kiedy zapytaliśmy respondentów o korzystanie z takich portali w ciągu ostatnich 30 dni, to na pytanie zadane wprost twierdząco odpowiedziało 5,5 procent. Ale gdy użyliśmy pytania w formie pośredniej, odsetek się zwiększył – było to już 8 procent graczy.

To bardzo dużo.

Ten odsetek był jeszcze wyższy, kiedy zadawaliśmy pytanie o korzystanie z takich stron kiedykolwiek w życiu. Tu aż 13 procent dorosłych użytkowników internetu odpowiedziało twierdząco na pytanie zadane wprost, zaś 15 procent – przy użyciu techniki anonimizującej odpowiedź. Zatem to może być realna liczba osób nielegalnie grających w internecie na pieniądze.

A jak wygląda sytuacja w grupie graczy?

Wśród graczy hazardowych ten odsetek rośnie jeszcze bardziej – około 18 procent z nich używa, świadomie lub nie, nielegalnych stron. Taki procent osób grał w ciągu ostatnich 30 dni.

Jak wypadamy na tle innych krajów?

Na świecie jest niewiele badań, na które moglibyśmy się powołać i  porównać do nich nasze wyniki. Dobrym przykładem może być Wielka Brytania, gdzie realizuje się podobne badania, a wynik jest zbliżony do polskiego: liczba osób korzystających ze stron z nielegalnym hazardem waha się w okolicach 20 procent. Jednocześnie trzeba pamiętać, że w różnych krajach prawo odmiennie definiuje to, co jest legalne, a co nie. Przykładowo: w Polsce strony, które są legalnie zarejestrowane w krajach Unii Europejskiej, ale nie mają pozwolenia na ich prowadzenie ze strony naszego kraju, mają status nielegalnych. Ale w Szwecji jest już inaczej: strony legalne w UE są legalne także w Szwecji.

Wracając do Polski: czy badaliście poziom nasilenia problemowego grania w badanych grupach?

Aby dobrze się temu przyjrzeć, odróżniliśmy osoby, co do których mieliśmy pewność, że nie grały nielegalnie, od osób, które grały na stronach z nielegalnym hazardem – świadomie bądź nie. Profil tych graczy zasadniczo różnił się jedynie wiekiem i płcią – na stronach nielegalnych więcej było mężczyzn i były to osoby młodsze, a przy tym byli to ludzie bardziej zadłużeni. Co ważne, grali w gry hazardowe częściej, bardziej intensywnie i wydawali większe pieniądze od tych, którzy grali tylko na stronach legalnych. Częściej także kierowali się motywami ucieczkowymi, społecznymi i związanymi z potrzebą przeżywania przyjemności. Natomiast nasilenie problemowego hazardu w obu tych grupach znacząco się różniło: w grupie osób, które na pewno grały legalnie, było to około 28 procent. Natomiast wśród osób, które grały na stronach nielegalnych – 66 procent.

Co możemy zrobić jako kraj, by zahamować to zjawisko?

Zmiana wymagałaby dużej woli politycznej i zaangażowania sporych środków – tak aby w znaczący sposób ograniczyć dostępność tych stron. W trakcie naszego projektu przeprowadziliśmy m.in. wywiady z graczami, którzy korzystają z nielegalnych serwisów. Był to bardzo cenny element naszego badania – fakt, że do tych osób w ogóle dotarliśmy.

Wnioski?

Obraz wynikający z tych wywiadów jest bardzo pesymistyczny: zdaniem użytkowników dostęp do stron nielegalnych jest bardzo łatwy. Musimy więc zacząć skutecznie go ograniczać. Był pomysł, by wprowadzić na każdej polskiej stronie coś w rodzaju oznaczenia legalnego dostawcy – czyli specjalny znak graficzny, by gracze mieli szansę rozeznać się w tym, co jest, a co nie jest legalne. To jednocześnie miałoby się wiązać z karaniem operatorów, którzy nie mają licencji, ale publikują fałszywe oznaczenie. Ten pomysł niestety upadł, a myślę, że jest to sposób na podstawowe rozróżnienie stron – mam na myśli punkt widzenia gracza. Bo większość graczy nie przeprowadza przecież formalnego dochodzenia. To wymagałoby z ich strony przeanalizowania rejestru legalnych stron, sprawdzenia czy strona, na której grają, tam się znajduje, a potem dopiero podjęcia decyzji o jej opuszczeniu… Oni tego nie robią. Oni ufają przede wszystkim swojej społeczności – rekomendacjom innych graczy.

Uważam też, że obecnie obowiązujące prawodawstwo wymaga nowelizacji. To nie jest tylko moja osobista opinia. Jednym z elementów naszego projektu była także analiza prawna obowiązujących przepisów i ich skuteczności z punktu widzenia zdrowia publicznego. Z tej analizy wynika, że obecne regulacje wymagają zmian. Na przykład, o ile mamy racjonalne mechanizmy pomocowe i zaradcze w odniesieniu do osób z uzależnieniem od substancji – mam na myśli choćby kierowanie na terapię i pomoc gminnych komisji rozwiązywania problemów alkoholowych – o tyle nie mamy podobnego rozwiązania w przypadku osób z uzależnieniem od hazardu. A samo kryminalizowanie zachowania hazardowego – bez połączenia z profilaktyką i mechanizmami kierowania na leczenie – nie jest rozwiązaniem. A tylko to w tej chwili jest dostępne prawnie jako „rozwiązanie”.

Warto promować także wprowadzenie wspólnego rejestru osób samowykluczonych z gry. W Polsce jest możliwość zablokowania sobie czasowo lub dożywotnio konta, z którego dany gracz korzystał do uprawiania hazardu. Ale nie ma niestety centralnego rejestru tych osób. W praktyce oznacza to, że gracz – choć zamknie konto u bukmachera X – może otworzyć je już za chwilę u bukmachera Y i nadal grać. Takie centralne rejestry są dostępne w wielu krajach europejskich i to rozwiązanie działa. Gdyby podobny mechanizm wprowadzono również w Polsce, można byłoby wobec tej grupy osób stosować różnego rodzaju zachęty i oddziaływania motywujące do leczenia i terapii.

Dlaczego to rozwiązanie miałoby mieć związek z nielegalnymi stronami?

Bo znaczącą część osób grających na nielegalnych stronach stanowią ci, którzy najpierw wykluczają się (lub są wykluczeni) z legalnych stron i dopiero potem, w efekcie tego wykluczenia, zaczynają grać na stronach nielegalnych. Jeśli wiemy, że część osób po wykluczeniu z legalnych stron przenosi się do nielegalnych, to znaczy, że samo wykluczenie nie wystarcza – trzeba je uzupełnić o wsparcie. Wprowadzenie wspólnego rejestru mogłoby tu pomóc. Dzięki niemu taka osoba nie mogłaby łatwo uciec do kolejnego operatora, a jednocześnie można byłoby zaproponować jej pomoc – na przykład przekazać informacje o terapii czy wsparcie w ograniczeniu grania.

A co myślisz o zapisie w ustawie hazardowej dotyczącej odpowiedzialnej gry? Czy nowelizacja z 2017 roku sprawdziła się w praktyce i spełniła swoje zadanie?

Mam wrażenie, że obecne przepisy dotyczące tzw. odpowiedzialnej gry nie działają tak jak zakładano. Kiedy mówimy o odpowiedzialnym hazardzie to ważne, by postawić sobie pytanie: kto jest odpowiedzialny? Bo jeśli rozumiemy to tak, że tylko gracz jest odpowiedzialny za swoje granie, to skazujemy się na porażkę. Zwłaszcza że mówimy o zachowaniach wysoce uzależniających – a takim jest uprawianie hazardu online. W praktyce przerzucamy cały ciężar odpowiedzialności na osobę, która często ma trudność z kontrolą swojego zachowania. Uważam więc, że podmiotami tej odpowiedzialności powinni być zarówno gracz, jak i dostawca gier, ale także państwo jako regulator rynku i ustawodawca. I dopiero wtedy możemy mówić o odpowiedzialnej grze. Dziś ta odpowiedzialność nałożona jest tylko na gracza, a takie rozwiązanie nie ma szansy, by zadziałać.

Co ważne, pod koniec zeszłego roku zatwierdzono odpowiednią normę w Europejskim Komitecie Normalizacyjnym (norma EN 18144:2025), która opisuje tzw. sygnały ostrzegawcze w grze – dotyczy ona właśnie grania online. Opisano w niej czynniki wskazujące na to, że gracz wchodzi na niebezpieczną ścieżkę – stawia coraz wyższe kwoty, gra w coraz bardziej ryzykowne gry… Co ważne, ta inicjatywa nie wyszła od regulatora, lecz od samej branży. Jeśli więc dana firma hazardowa chciałaby być odpowiedzialna i wprowadzić u siebie takie monitorowanie gry, żeby ochronić gracza przed rozwojem uzależnienia, to ma gotowe narzędzie. To istotne także z polskiej perspektywy. Pokazuje bowiem, że odpowiedzialna gra nie musi oznaczać wyłącznie przerzucania odpowiedzialności na samego gracza. W niektórych krajach europejskich prawo zobowiązuje dostawców do aktywnego monitorowania gry i stosowania interwencji profilaktycznych w jej trakcie. Pytanie nie brzmi więc już, czy da się to robić, ale czy prawo i praktyka rynkowa będą chciały z takich narzędzi realnie korzystać również w naszym kraju.

Z dr Rafałem Bartczukiem rozmawiała Maja Ruszpel.